Sławomir Olesiak
Biografia
Sławomir Olesiak (ur. 1944 w Wierzbicy, pow. pińczowski, ob. woj. świętokrzyskie) – absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Wieloletni pracownik administracji rządowej i samorządowej, od 2009 roku na emeryturze. Jego wiodącą pasją, pielęgnowaną od dzieciństwa, pozostaje malarstwo sztalugowe – głównie portret oraz sceny rodzajowe, tworzone w konwencji realistycznej.
Jest również autorem sześciu opowiadań, które powstały w latach 2022–2024. Większość z nich ukazała się na łamach pism literackich, takich jak „Akant”, „Śląsk” czy „Akcent”. W 2024 roku zostały one wydane przez Wydawnictwo Naukowe „Śląsk” w zbiorze Opowieści Ziemi Czarnej.
W 2025 roku Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych w Bydgoszczy, doceniając ponadczasowe wartości jednego z opowiadań – Cierpienia starego Wertera – opublikowało je w formie osobnej książki, wzbogaconej ilustracjami autora.
Sławomir Olesiak:
Ja już nie potrzebuję niczego udowadniać. Do niczego też nie jest mi to potrzebne, i to z kilku powodów. Jednym z nich jest brak potrzeby rzucania pereł przed wieprze, gdy widzę mizerię rynku wydawniczego. On nie jest uczciwy. Nigdy nie byłem „świętym”, ale szanuję samego siebie. Nigdy też nie żałowałem tego, co zrobiłem w życiu.
Powody, które skłoniły mnie do pisania, mają charakter prozaiczny. Zawsze pragnąłem utrwalić udział własnego ojca w kampanii wrześniowej, co w końcu udało mi się w opowiadaniu pt. „Wrześniowa Rapsodia”. Na tę wojnę wcale nie musiał jechać – komunikacja między miejscem zbornym a jego adresem zamieszkania była już przerwana. Mógł zostać w domu, jak jego koledzy, którzy dostali takie same wezwania.
Pisanina koncesjonowanych literatów o tym, jak to gąsienice niemieckich czołgów rozjeżdżają naszą piechotę na samej granicy, czy o naszej kawalerii walącej szablami po lufach, była robiona na obstalunek. Nie miało to nic wspólnego z prawdą. Po tych relacjach – również filmowych – ostał się jedynie smród, który jeszcze nie wywietrzał. Wajda miał duży talent, ale tylko talent. We wszystkim, co robił, trudno było znaleźć Polskę. Trochę udało się to Porębie w „Hubalu”, ale on z kolei nie miał takiego warsztatu jak Wajda.
Drugi powód mojego pisania, również prozaiczny, to próba odreagowania śmierci żony. Tekst ten powstał spontanicznie i miał wybitnie subiektywny charakter. Ostatni powód, najbardziej osobisty, to rodzaj testamentu przekazywanego synom. W pogoni za pieniądzem rzadko mnie widzieli; chciałem, żeby choć trochę mnie poznali.
To, co piszę, to żaden manifest. Po prostu maluję i piszę, co odrywa mnie od codzienności. Na ten luksus mogłem sobie pozwolić dopiero na emeryturze. Mogłem zostać dyplomowanym artystą, tylko po co? Żeby jak małpa skakać po wystawach sklepowych i je dekorować? Tak skończyła większość moich kolegów, którzy wierzyli, że po akademii zajmą się sztuką. To uczelniani bakałarze przez własną głupotę i brak zrozumienia wykończyli polskie malarstwo. Większość tych, którzy się przebili, to samoucy – jak Beksiński, który był fotografem i połączył malarstwo z grafiką.
Wie Pan, dlaczego urosła polska grafika? Z nędzy. Po wojnie nie było niczego, łącznie z farbami. Dlatego w swoim wyrazie jest tak skromna, czarno-biała. Ale jest polska. To się akurat udało.
